StartWiadomości Wiadomości dnia

Myśliwi wtargnęli na prywatną posesję. „Strzelali blisko domu, baliśmy się!”

Panie najadły się strachu. Mówi jedna z sióstr, Aneta:

Wyszłam do okna usłyszawszy jakieś strzały, jakieś poruszenie u mnie na podwórku. Otwieram okno, patrzę, a tam trzech mężczyzn dosyć uzbrojonych. Zanim w ogóle zorientowałam się, że to koło łowieckie, to człowiek się wystraszył. Patrzę, sarna lata pod moim oknem cała wystraszona, a ich idzie trzech ubranych w moro z karabinami. A jak się ich zapytałam, co oni tu robią, to odpowiedzieli z uśmiechem, że zabłądzili. Wtargnęli na teren, widzieli ogrodzenie, to niech się nie tłumaczą, że nic nie widzieli, że zabłądzili.

Teren prywatny przy domu jest duży, ale to nie tłumaczy myśliwych – dodaje druga z sióstr, Blanka:

Nasza działka ma ponad hektar pola i myśliwi po prostu bezczelnie wtargnęli na naszą posesję, nie tłumacząc się w ogóle. My jesteśmy zwykłymi, prostymi ludźmi i człowiek boi się strzałów – otwieramy – spłoszony nasz pies, spłoszona zwierzyna. Sarny normalnie tutaj przebywają, nasze pole jest bardzo duże i one sobie tutaj normalnie przychodzą, a tutaj nagle jakieś strzały. Człowiek się boi, co tutaj się może niedługo wydarzyć. My, prości ludzie, musimy ponosić konsekwencje chyba jakiejś wyższej rangi, koła łowieckiego. Myśliwi coraz bliżej podchodzą do domu, strzelają w biały dzień. Boimy się, że stracimy życie – my, rodzice, sąsiedzi czy dzieci.

Kobiety wezwały policję. Na miejsce udał się patrol, który rozmawiał z myśliwymi – mówi rzecznik wodzisławskiej komendy, Joanna Paszenda:

Panowie tłumaczyli, iż polowanie było wcześniej zgłoszone. Obwieszczenie miało być w Urzędzie Miasta Rydułtowy i Urzędzie Miasta Pszowa. Panowie stwierdzili, iż owszem, strzelali, natomiast było to w znacznej odległości od zabudowań mieszkalnych, Interwencja została zakończona na miejscu pouczeniem.

…czyli sprawa została zakończona… Niezupełnie. Radio 90 dotarło do myśliwych koła łowieckiego „Lis” z Pszowa, którzy tego dnia polowali w tym rejonie. Mówi strażnik łowiecki tegoż koła, Tomasz Ryszka:

Faktycznie takie zdarzenie miało miejsce. Z racji terenu, na jakim polujemy, mocno zurbanizowanego, nie można po prostu inaczej obejść tak, jak po prostu przejść koło jakiejś posesji. Właściciele tłumaczą się tym, że posesja nie jest ogrodzona, my tam nie możemy wchodzić… Niestety, my tego nie wiemy. Pani, która dzwoniła, skarżyła się, że słyszała huk wystrzału z broni palnej. Ten huk, w czasie takiej pogody, jaka była wczoraj, jest słyszalny nawet z trzech kilometrów. Także, jak myśmy polowali w odległości 300, 400, 500 metrów od tej posesji, to ten huk musi być słyszalny.

Tomasz Ryszka twierdzi, że wszelkie formalności dotyczące organizacji polowania zostały dochowane:

Każde polowanie zbiorowe musi być zgłoszone w urzędzie miasta lub gminy, a każde polowanie indywidualne, na które też myśliwi chodzą, musi być zgłoszone w książce ewidencji polowań i wszystko to jest zapięte na ostatni guzik, bo dosyć rygorystyczne są te przepisy. Akurat tam, w okolicy Głożyn, tam możemy polować, tam jest polowanie dopuszczone. Tylko trzeba zachować przepis, że 100 metrów od zabudowań i 500 metrów od zebrań publicznych – kościołów, marketów i tego się trzymamy.

Nasz rozmówca ma nadzieję, że do takich pomyłek jak ta na granicy Rydułtów, nie będzie w przyszłości dochodziło:

Jak najbardziej przepraszamy za taki fakt, bo może pani się przestraszyła czy huku wystrzału, czy większej ilości myśliwych. Ja bym sobie, jeśli mogę, życzył sobie i wszystkim na Śląsku, troszeczkę wyrozumiałości do pracy myśliwych. Bo nikt nie widzi jak my dokarmiamy, jak nosimy ciężkie worki na plecach. Jak my kłusowników ścigamy, tych wszystkich wnykarzy, sidlarzy, tego nie widać. Widać tylko tego myśliwego z bronią. Jak najbardziej przepraszam i prosiłbym o wyrozumiałość dla tych wszystkich śląskich myśliwych, którzy powoli już nie mają gdzie polować.

Tematem zajmował się Robert Krzyżaniak.

Zostaw komentarz